niedziela, 6 października 2013

Sos z grzybów sezonowych

Cześć dziewczyny!

Lubicie zbierać grzyby? Ja uwielbiam zbierać, można chyba powiedzieć nawet, że mam instynkt zbieracza. Zawsze wejdę w najgorsze chaszcze, byle by tylko tego grzyba dorwać:-) Kiedy byłam mała, co sierpień jeździłam na grzyby z dziadkiem, i być może dorabiam sobie właśnie jakąś miłą teorię, ale mam wrażenie, że to dzięki temu wiem, gdzie ich szukać. Dziadek zawsze tłumaczył mi, gdzie jakiego grzybka można znaleźć i zawsze wracaliśmy z pełnymi koszykami. Potem nikt tych grzybów nie chciał od dziadka brać, bo już każdy z rodziny miał w domu kilka toreb suszonych grzybów.

Ja sama wolę grzyby zbierać, niż jeść - zdecydowanie nie jestem nauczona jedzenia grzybów,
za to mój małżon a i owszem. Dlatego z wczorajszych zbiorów wyczarowałam sos maślakowo-podgrzybkowy, na który przepis znajdziecie pod zdjęciami naszych łowów:

tutaj możecie podziwiać koszyk grzybów w jesiennym słonku...



SOS Z GRZYBÓW SEZONOWYCH

Piszę w nazwie przepisu że sos z grzybów sezonowych, dlatego, że samo jego wykonanie jest proste
i można je zastosować nie tylko do maślaków i podgrzybków, ale również do rydzy, prawdziwków, pieczarek w sumie też. Tylko w przypadku pieczarek zrezygnowałabym z pierwszej czynności, która jest obowiązkowa przy grzybach zbieranych w lesie, tj. obgotowanie w wodzie ok. 15 minut, żeby puściły ewentualne toksyny.

Po obgotowaniu w wodzie, odcedzamy nasze grzybki. W garnku rozpuszczamy ok. 3-4 łyżki masła,
i wrzucamy na 5-10 minut grzyby żeby nabrały smaku i poddusiły się na maśle. Następnie zalewamy mlekiem (ja miałam 1,5%) tak, żeby prawie zakryło grzyby i dusimy ok. 20 minut. W międzyczasie rozrabiamy 2-3 łyżki stołowe mąki z wodą, dodajemy do tej mieszanki ok. 300 ml śmietany 18%, mieszamy na jednolitą masę, i na sam koniec wlewamy delikatnie do grzybów zdjętych z ognia, mieszając aż nieco zgęstnieje. Jak zgęstnieje, włączamy znowu palnik i cały czas mieszamy przez 5 minut, solimy i pieprzymy do smaku.

Polecam ten sos do mięsa saute, do wieprzowiny i do ziemniaków.


poniedziałek, 23 września 2013

Wakacyjne łowy kosmetyczne, czyli jak na urlopie nastawiłam się na egzotyczne kosmetyki...

Witam wszystkich! 

Jeszcze trochę raczkuję w kwestiach blogowych, ale już dzięki podpowiedziom pojawiła się zakładka, gdzie można kliknąć, jeśli się by chciało poobserwować, do czego zachęcam. 

A tymczasem chciałabym podzielić się z Wami moimi kosmetycznymi przemyśleniami z wakacji. Otóż, celem regeneracji po wyczerpującej pracy i niezliczonych latach bez wakacji :-) wyjeżdżawszy na nie, założyłam, że będę szukała kosmetycznych inspiracji. Wypadło na Turcję, więc miałam nadzieję, po pierwsze primo, że: 
1. trafię na farbę do włosów w odcieniu rudym, ale nie realizowanym przez czerwienie (czyli w numeracji raczej 743, 704, a nie 566, 755), dodatkowo dostosowaną do Tureckiego włosa, czyli mocniejszą; 

po drugie primo, że
2. trafię na tanie kosmetyki, bo naród turecki ubogi, a Turczynki, podobne z urody do np. Egipcjanek, lubią się malować, zwłaszcza oczy - zatem liczyłam na cienie do oczu w intensywnych kolorach. 

A TU ZONK. 

Wszystkie farby do włosów miały właśnie szóstki w cyferkach je opisujących, czyli wyczarowałyby z rudej mej czupryny czerwone włosy a'la Rihanna, a kosmetyków Tureckich - nie znalazłam wcale... 

Za to, zarówno w Turcji jak i podczas wycieczki po Rodos, znalazłam...




tutaj aż po 10 lir tureckich, ale nie przejmujcie się, to kosmiczna cena w kiosku przy plaży! W normalnym sklepie kosztowały ok 2 lir. A poniżej w Grecji, po 3,50 euro. 

Niesamowite, nie? Człowiek jedzie na drugi koniec świata, chce poznać nieco egzotyki regionu, nastawia się na kosmetyczne łowy, a koniec końców maluje paznokcie lakierami Golden Rose zakupionymi w tureckim markecie Migros (grupa Tesco) - i to by było na tyle z marzeń o egzotycznych kosmetykach :-) 






niedziela, 22 września 2013

No to ruszamy w wieeeelki, wirtualny świat!

Cześć wszystkim,
melduję, że wróciłam z wakacji, a teraz, wypoczęta i w nowej fryzurze chciałabym przeprowadzić swój blogowy coming-out.

Zatem: witajcie wszyscy na moim blogu kulinarno-kosmetycznym i nie całkiem profesjonalnym! Będę pisała o kosmetykach, które skradły moje serce; postaram się regularnie umieszczać zdjęcia metamorfoz. Znajdziecie w nim również przepisy na kolorowe, smakowite dania i pewnie szczyptę romantyzmu - a co tam, niech będzie, że jestem romantyczką, bo czy wszystko musi być zawsze poważne?

Zapraszam do odwiedzania mnie. Jest to mój sieciowy debiut, mam nadzieję, że pomożecie mi zrozumieć zasady działania takich blogów w internecie i wesprzecie podczas ataku trolli.

Mam nadzieję, że każda otwarta dusza, dość liberalna i trochę szalona, znajdzie tu dla siebie coś ciekawego.

Witajcie!


niedziela, 1 września 2013

Kulinarne zakończenie sierpnia: rolada biszkoptowa

Cześć dziewczyny,

uwzięłam się na tę roladę biszkoptową, nie ma co :-) Faktycznie odkąd mężowej mamie podkradłam przepis robię ją najczęściej ze wszystkich ciast, nie powiem, że nie ku uciesze męża, który potrafi zjeść pół rolady na raz i żeby była pełna jasność, zupełnie tego po nim nie widać. 
W każdym razie wyczarowałam wczoraj roladę z malinami, była (i wciąż jest) pyszna, żałuję chwilami, że ja sama muszę się tak pilnować, bo być może razem z m. zjedlibyśmy na spółkę całą na raz:
Krem jest oczywiście na bazie mascarponu - ja kremu już nie słodzę, bo sam biszkopt jest słodki i galaretka (tym razem kiwi), malinki przełamują słodycz ciasta i delikatność kremu. Mniaaam....
 A poniżej możecie zobaczyć jak wygląda rolada po zwinięciu i przekrojeniu na pół - trochę pomarszczona na górze, ale w przyszłości pomyślę nad liftingiem dla niej:




Lakierowe love, czyli moich kilka lakierowych prób i błędów

Cześć dziewczyny!

Na początku wklejam zdjęcie lakieru Wibo, o który pytała Kasia.  Lakier kupiłam ubiegłej jesieni, jednak z niewiadomych dla mnie przyczyn wypróbowałam go dopiero teraz. Jest dobry, super komponuje się z turkusami, a bardziej kontrastujący i odważny efekt można uzyskać łącząc go z różem. 
 Obok Wibo jak widzicie stoi mój Gel Effect Sephory. Ma on i wady i zalety, co stwierdzam zużywszy już całą buteleczkę. Po pierwsze i przede wszystkim lakier cudownie nabłyszcza - efekt jest niesamowity, na paznokciu tworzy się jakby tafla lodu. Niestety, tafla lodu jest krucha i pęka np. pod wpływem uderzeń pazurkami w klawiaturę. Ja akurat w pracy siedzę non-stop nad klawiaturą, więc pęknięcia pojawiają się już pierwszego dnia. Chciałabym też, żeby był bardziej wydajny, chociaż być może to jest tak, że to ja maniakalnie używałam go przez te dwa ostatnie tygodnie. 
Pęknięcia po Gel Effect (i niewielkie podpowietrzenia) możecie zobaczyć na zdjęciach z mieszanym czerwono-bordowym frenczem: 

W kwestii idealnego frencza muszę jeszcze poćwiczyć, gdyż trzęsie mi się ręka przy malowaniu czubków paznokci i wychodzi to rożnie. O dziwo lepiej maluje mi się lewą ręką niż prawą - a jestem praworęczna. Dlatego wklejam tylko tę ładniejszą dłoń, czyli prawą, a jak się wyrobię (kiedyś....) to wkleję obie. Jak widzicie na zdjęciu, Gel Effect daje piękny błysk, ale nie jest to dokładnie tak samo idealny efekt żelowy jaki można uzyskać w salonie kosmetycznym lub u zaprzyjaźnionej koleżanki. 

A na koniec wklejam absolutny, stylizacyjny hit - nabyłam, za namową własnej, rodzonej rodzicielki zegarek Geneva - zamówiłyśmy na Gruponie jakieś dwa tygodnie temu. Zegarki rozeszły się jak świeże bułeczki, więc zakładam, że statystycznie, wśród czytających, może pojawić się ktoś, kto je również wtedy nabył? Nie pytam czy któraś z Was posiada jakąś swoją Genevkę, bo pewnie znowu odkryłam Amerykę i już cały naród je posiada, ale powiem Wam, że za 39.90 efekt jest niesamowity:

Z innych kwestii, w końcu wybieram się na wakacje i mam nadzieję, że odkryję na nich mnóstwo ciekawych kosmetyków. Relację zdam po powrocie, bo nie wiem jak będzie z dostępem do internetu, ale obiecuję robić zdjęcia wszelkich napotkanych nowości kosmetycznych i może skrobnę jakąś porządną recenzję. A jak wasze kosmetyczne wrażenia z wakacji? Czy jest jakiś kosmetyk, bez którego nie możecie się obejść?
 



piątek, 23 sierpnia 2013

landrynkowy piątek

Wiem, że dziewczyny, które pracują na żelu i akrylu robią czasami kolorowy frencz. Ja starałam się zrobić go zwykłymi lakierami - jak na pierwszy raz, to musicie mi wybaczyć, ręka mi się częsła.
Zauważyłam jednak niestety, że top coat w postaci gel-looku Sephory pęka mi nieustannie, nawet przy dwóch warstwach. W poniedziałek spróbuję położyć jedną warstwę i zobaczę, czy to wina lakieru, czy mojej pracy i walenia pazurkami w klawiaturę... Póki co obstawiam klawiaturę,
bo w blasku Sephory jestem zzzaaakochaaaana! Próbowałyście już tego lakieru? Też Wam pęka?

Buziaki! J.


Chocolate madness for summertime sadness...

To nie jest post dla odchudzających się! Długo kiełkowała we mnie wizja tego tortu. Wiedziałam, że na pewno będą wiśnie - wcześniej alkoholizowały się w słoiczku w lodówce. Ciasto, według prostego, prawie-biszkoptowego przepisu, miało być wg. pierwotnego planu nasączone Porto. Stanęło na wermucie - jest mniej rodzynkowy, bardziej owocowy. Obawiałam się też, czy uda mi się odpowiednio stopić czekoladę i czy uda mi się pokroić torcik na trzy części...Wyszło tak:


i już podaję przepis...


Ciasto
6 jaj i półtorej szklanki cukru pudru utrzeć na puszystą masę. Dodać dwie szklanki mąki, łyżkę proszku do pieczenia, 1/3 paczki dowolnego kakao. Dodać jeszcze 3 same żółtka i jeśli ciasto będzie za suche, ok. 4 łyżek oleju, ale nie więcej. Wymieszać tak, żeby masa była jednolita i przelać do małej tortownicy, uprzednio wysmarowanej masełkiem i obsypanej tartą bułką. 

Warstwa czekoladowa
Topimy 3 tabliczki czekolady - ja stopiłam w garnku ze stali, na około 4 łyżeczkach mleka. Szybko się stopi, a jak tak się stanie, dodajemy 2 żółtka i jeszcze chwilę parujemy na małym ogniu, coby Salmonellę wybić. W międzyczasie wyjmujemy ze słoika pijane wiśnie i odciskamy łapami lub czym bądź. Odcedzone wiśnie wkładamy do garnka z płynną czekoladą, mieszamy, próbujemy, chrząkamy z zadowoleniem i odstawiamy z ognia. 

W międzyczasie kończymy się modlić za ciasto, czy wyrośnie. Wyjmujemy z piekarnika, żeby ostygło. Moje ciasto w tortownicy bardzo urosło do góry w szpic, więc musiałam ściąć mu taki jakby kapturek. Jak ostygnie, długim ostrym nożem dzielimy na trzy części, przekrajamy. 

Warstwa wiśniowa: tutaj tym razem łatwizna, bo dżem wiśniowy łowicz, ale next time pokombinuję coś z konfiturą wiśniową.

Wyciągamy z lodówki wermut, odkręcamy, sprawdzamy czy jest dobry, z zadowoleniem stwierdzamy, że bardzo i wlewamy sobie całą szklankę...Następnie nasączamy dolny blat najmniej, środkowy najwięcej i górny - średnio. Na dolny blat wykładamy lekko już przestudzoną masę czekoladową z wiśniami, przykrywamy kolejnym blatem. Nasączamy kolejny blat porządnie wermutem, wygrzebujemy resztkę czekolady z garnka i smarujemy płaską warstwę. Na to wykładamy dżem, przykrywamy kolejnym blatem, który na koniec również nieźle nasączamy, myśląc o tym, że w dniu spożycia ciasta raczej nie wsiądziemy za kółko... Na koniec wszystko polewamy czystą, roztopioną czekoladą - ja zużyłam kolejne 2 tabliczki czekolady i dekorujemy wg. uznania.

Zdjęć bałaganu, jaki moja radosna twórczość poczyniła w kuchni, nie zrobiłam, ale wkleję kilka fotek całego procesu - poniżej widać warstwę wiśniowego dżemu i kryjącą się pod nią kremową warstwę czekoladową z pijanymi wiśniami...

Na zakończenie dodam tylko, że tort przygotowałam na jutrzejsze imieniny mojego brata i nie bardzo jeszcze wiem, jak powiedzieć mężowi, że raczej jutro albo nie powinnam prowadzić, albo jeść tego torta...za to polecam go od czasu do czasu, na poprawę nastroju, bo jak wiadomo, kakao to silny antydepresant :-) 

całuję! 
J.

PS. Acha! Na koniec miało być jeszcze romantyczne odniesienie do tytułu posta. A że wakacje powoli się kończą, może jakieś wakacyjne romanse wraz z nimi, to kliknijcie linka do tej niesamowicie nastrojowej piosenki: